bez tytulustopą nabrzmiałą od rosyodgarniałam wrzosyz twojej mogiłyplącząc się w gaszczuksiężycowych chrząszczyschodzących w dolinęostatni miał z osiem stópczułki jak trupco nagie piszczele ku ziemi ciągnieczemu wciąż tyle o śmiercimieści się w piersiczerpiącej tchubo śmierć nie pragnie zaszczytówjedynie szczytówchce sięgnąć absurdu
Chmuraw samo południeniebo skoczyło nam do gardełprzegryzając bulterierami obłokówwszystkie sznurki kończynco do sztukirozdzielono nas jasnym kręgiem łąkipachnącej miodem i ciężkiej od kwiatówocieramy się skrawkami skórynie czując wspólnego oddechui źdźbła traw licznychrozorały nasze rozmowywierzyłam, że noc to tylko umarły dzieńi nie uznałam półmiska nocyza tło ostrego półprofilu półtwarzykaskada bladych motyliprzeczy naturzea może to w nas co&
Do DantegoNa początku wędrówkina granicy czasuzmyliwszy drogę ku nowemu szczęściuw głębi ciemnego znalazłam się lasuOdbite w nieba stawie oczyobojętnie przebijają wzrokiem nieliczne chmuryprzeciwskazańDrzewa nielicznie nielistnerosną na ciemność ziemskązakryły ścieżynkiodkryły ich brakKamieniami wykładam liście pod stopamilicząc jeliczę na nagły przypływczegokolwiekObojętnieję życiem i bytem i walkązarastam mchem milczeniawywracam uchemlecz słyszę tytko t